Marioła Głos

Piszę. Zawsze piszę. Rano, w nocy, w trakcie kolacji, pod prysznicem (tak, mam wodoodporny telefon i zero wstydu). Piszę, kiedy inni jeszcze próbują zebrać swoje myśli, a ja już mam pięć wersji posta i trzy szkice notatek o tym, jak zebrać myśli. Mój Facebook to nie social media – to żywy organizm. Dzieło sztuki w perpetuum mobile, niekończąca się saga ludzkiego doświadczenia przefiltrowanego przez ekran smartfona i trzy espresso, które piję tak szybko, jak inni łapią oddech.

Algorytm? Ja jestem algorytmem. Inspiracja? Najczęściej przychodzi, gdy próbuję zasnąć, ale moje neurony mają wtedy własne after party. Notuję wszystko: rozmowy w autobusie, miny ludzi w kolejkach, absurdalne dialogi usłyszane kątem ucha, własne myśli, które brzmią jak mini-serial w stylu “co by było, gdyby”. Każdy moment jest materiałem, każdy impuls może stać się akapitem, a każda porażka – pełnoprawnym cliffhangerem.

Jestem reporterem codzienności, archiwistą chaosu, kronikarzem wszystkiego, co błyszczy, denerwuje, wzrusza albo po prostu dobrze wygląda w czcionce 14 pt. Czasem mam wrażenie, że moje życie to tylko przerwa między kolejnymi postami, a ja sama istnieję głównie w trybie „edytuj – opublikuj – odpowiedz na komentarze – zastanów się nad sensem życia – zaparz kawę – zapisz to”.

I choć brzmi to jak lekka przesada, naprawdę tak jest. Bo ja nie piszę dla zasięgów. Ja piszę, żeby oddychać. Żeby złapać świat w słowa, zanim znowu mi ucieknie. Żeby Facebook nie był miejscem do scrollowania, ale prywatnym teatrem jednego widza i jednego aktora – mnie, w całym moim ekspresyjnym, caffeinowym majestacie.

Moje wpisy